Fizjogłówkowanie.
Chciałam podzielić się pewnymi rozważaniami…Czego oczekuję od swojej praktyki? Czy jest to zbieżne do tego czego oczekują ode mnie pacjenci?

Czy aby czasami nie jest tak, że to ja chcę więcej niż oni? Co mogę zrobić by moja terapia była skuteczna?
Jeżeli moje pomiary i oceny nie trafiają do pacjenta czy wystarczy jego subiektywne odczucie polepszenia. A jeżeli na fizycznych wartościach następuje progres, a pacjent stwierdza, że jego samopoczucie spada. To jest lepiej czy gorzej? A jak widzę, że pacjent szybciej chodzi i jest bardziej wyprostowany, a mówi „pani … dalej mnie boli jak licho…”to jak jest?
Tak sobie myślę, że przecież chodzi o to by pomóc człowiekowi wrócić do aktywnego życia. Ale nie ma cudownego guzika. Powrót taki jest możliwy jedynie wtedy gdy w proces terapeutyczny zaangażowany jest i terapeuta i chory. Więc chyba przyjmę, że lepiej jest wedle subiektywnych odczuć pacjenta.
A tu się rodzi kolejne pytanie w jakim czasie ta poprawa ma być mierzona…zaraz po terapii czy w jakimś dłuższym przedziale? Tu można zauważyć zależność od podejścia terapeutycznego.
Owszem terapia manualna jest świetnym dodatkiem do całego leczenia, dobrze moduluje ból co pozwala podjąć utraconą aktywność, ale tylko praca pacjenta, jego codzienność są gwarantem sukcesu. Mało tego, niezmiernie ważnym jest przeświadczenie o byciu zdrowym i sprawnym o tym że PESEL nie zawsze musi boleć.
Szkoda, że tak niewiele czasu poświęca się psychologii w procesie kształcenia fizjoterapeutów.
Z życzeniami samych pozytywów zdrowotnych oraz z zaproszeniem do mojego gabinetu Profizjo-Biernacka.